Potrójna granica – Triple Frontier

Jednym słowem? Niewypał. Gdy film zdobywa nagrody i wszystkim się spodoba, stawiani są na ścianki reżyserzy i aktorzy. Może więc spróbujmy iść tym tokiem rozumowania, ale chodzi o złote maliny. Wyróżnienie i brawa dla Bena Afflecka za podjęcie się roli „malinowej”. Wiedział o tym i skromnie wybrał tego a nie innego bohatera spośród mitycznych obrońców pokoju na świecie. Amerykańskie kino takim mianem określa żołnierzy, którzy „walczyli” lub pilnowali magazynów w Iraku czy Afganistanie. Wszyscy po kilku misjach cierpią na chorobę Rambo typu: „Tam prowadziłem maszyny warte miliony dolarów, a tutaj nie chcą mnie zatrudnić nawet na ciecia”. Ponieważ są za młodzi na emerytów, wpadają w silną depresję, leczą się alkoholem itd. Takich bohaterów właśnie oglądamy na ekranie.

Niezła paleta gwiazd, ale dali się wciągnąć w pułapkę słabego scenariusza, bo pomysł na film był niezły. (foto: ppe.pl)

Zaczyna się niewinnie i nawet ciekawie. Oscar Isaac jako agent Santiago prowadzi akcję pacyfikacji domu bossów narkotykowych w meksykańskich slumsach. Pracuje jako policjant i pokazuje się z mocnej strony. Okazuje się, że wszystko powiodło się dzięki cynkowi jego agentki, być może ukochanej dziewczyny. Następnie poznajemy inne postaci byłych żołnierzy i… nie robią na widzach żadnego wrażenia. Santiago dociera do nich z propozycją udziału w akcji obrabowania domu zakamuflowanego w buszu jakiegoś bosa z południowoamerykańskiego kraju. Mieszka w nim były szef wszystkich szefów z wielkim sejfem wypełnionym hajsem w liczbie kilkudziesięciu milionów dolarów. Źle im się powodzi w życiu, a jedyne co potrafią robić, to strzelać, więc chcą i muszą zaryzykować. Lecą daleko od domu, wszystko mają wyliczone i poukładane, ale nagle okazuje się, że nie to, że w domu jest sejf, ale cały dom jest sejfem! i wcale nie ma tam kilkudziesięciu milionów do „podjęcia”, ale miliardy, czyli tony „papierów” ukryte w ścianach.

Hollywood mógłby już odpuścić byłym żołnierzom i nie jeździć po nich, robiąc z nich nieudaczników i chciwych oszołomów. (foto: ppe.pl)

W oczach bohaterów zapalają się najpierw iskry a następnie pochodnie chciwości. Reszty z sekundy na sekundę, z minuty na minutę widz może się domyślać aż do odruchowego poszukiwania pilota, aby przyśpieszyć akcję i zakończyć antyakcję. Tak to niestety jest, gdy role amantów są zajęte w Hollywoodzie przez Nicolsonów (80+), mścicieli okupowane przez Nessonów (60+) a super agentów 007 grają Craigowie 50+. Męska filmowa „młodzież” (30+ i 40+) zapatrzona w mit „Niezniszczalnych” zarabiających krocie na bezmyślnych ekranowych strzelankach próbuje podebrać widownię Stallonemu i Reevesowi. Całość obrazu jest fatalnie zrobioną i żenująco pokazaną adaptacją prawdy życiowej typu: chytry (chciwy) dwa razy traci.

Szkoda, że Netflix kupił ten scenariusz i zapłacił ciężką kasę za produkcję „zakalca”… Ale że Affleck wziął w tym udział? Szok.

Pięć kaktusów: niewykorzystanie potencjału aktorów i zasobów finansowych.Film pozbawiony wartości

Dodaj komentarz