Porażki systemu edukacji: programy nauczania

Programy nauczania podpowiadają nauczycielom, w jaki sposób zrealizować podstawę programową. Podstawa to z kolei zbiór celów edukacyjnych, które na danym etapie rozwoju dziecka, ucznia, winny być spełnione, np. system dąży do tego, aby uczeń klasy trzeciej szkoły podstawowej biegle czytał i rozumiał, co czyta w języku ojczystym, a także aby znał na pamięć tabliczkę mnożenia. Jak to jest, że mimo wszystko bardzo duża ilość uczniów w klasach trzecich gimnazjalnych i w klasach maturalnych nie potrafi biegle czytać, rozumieć, co czyta i nie zna tabliczki mnożenia?

Wszelkie systemy nadzoru pedagogicznego winą za ten stan rzeczy obarczają nauczycieli i dobrze. Jednak takie stanowisko można by uznać za prawdziwe, gdyby fala „wtórnego analfabetyzmu” (zapóźnienia, uwstecznianie osiągnięć) dotyczyła ułamka procentowego populacji. Ustawodawca i ośrodki zarządzające podstawami programowymi nie chcą nawet słyszeć o wadach programów nauczania: „Podstawa programowa to świętość”, a jak się komuś nie podoba, to może napisać swój autorski program nauczania lub odejść z pracy szkolnej.

Porażką systemu edukacji jest właśnie traktowanie podstaw programowych i programów nauczania niczym dogmatów religijnych.

Współczesne metody dydaktyczne są bardzo drogie, system nie może nakazać unowocześniania bazy bez stosownych dotacji...
Współczesne metody dydaktyczne są bardzo drogie, system nie może nakazać unowocześniania bazy bez stosownych dotacji…

Gdyby porównać podstawy programowe sprzed 100, 50, 25 lat, łatwo stwierdzić, że polska szkoła wypełnia swoje zadania, ucząc tego samego w taki sam sposób od wieków? Czy to możliwe? Po pierwsze zawierza książce – podręcznikowi i literaturze. Książka ma uczyć, literatura wychowywać. Po drugie, zrzuca ciężar edukacji na uczniów i rodziców, ponieważ to uczeń ma w domu wykonać 3/4 zadań, aby zrozumieć temat lekcyjny – rodzice zaś powinni tego dopilnować.

Na szczycie szkolnych żądań są zadania matematyczne i lektury. System dostosowuje ucznia do ram programowych nieaktualnych od dziesięcioleci, a powinno być odwrotnie. Mówi mu np.: „Nie potrafisz przeczytać lektur na czas, nie nadajesz się!”, „Nie kumasz ułamków i ciągów, odpadasz!”, przy czym pierwsze zadanie z języka polskiego uczeń ma wykonać sam w domu, na drugie nauczyciel może poświęcić kilka godzin, więc jeśli uczeń nie zrozumie, cóż, „Pała!”. Programy w zamierzeniu są szablonem produkującym omnibusów, ale są nierealne z wielu powodów.

Współczesna szkoła zachowuje się, jakby nie było rewolucji informatycznej i globalnej wioski. Wprowadzono pracownie informatyczne, czyli są w szkole komputery i państwo ma spokojne sumienie: „No przecież idziemy z duchem czasów?!”. Ale pozostał protekcjonalizm i zarozumialstwo typu: „Będziecie bardziej szczęśliwi, jeśli zdobędziecie wykształcenie, a to oznacza, że macie umieć…” i tutaj cała lista albo „Kiedyś na trójkę trzeba było znać łacinę”, „Kto nie czyta, ten głąb”, „Jak można nie umieć tabliczki mnożenia?” itd. W tych wymaganiach nie ma nic złego oprócz nakazu: „Musisz umieć”, a powinno być: „Musimy was nauczyć”, czyli to szkoła a nie uczeń powinna zweryfikować wszelkie programy nauczania i przyznać: „Tego nie potrafimy nauczyć, więc wykreślamy z podstawówek” lub dokładniej: „Uczniowie nie są w stanie przeczytać tej lektury na lekcji, musimy ją zastąpić czymś innym”. Bo to szkoła powinna uczyć, a nie uczeń sam lub z rodzicami popołudniami! Wiele współczesnych rad pedagogicznych poprzestaje na stwierdzeniach: „Nasi uczniowie nie są w stanie tego zdać, są za słabi”. Prawda może być zupełnie inna: „To program jest nieadekwatny do czasów, w jakich żyją uczniowie i należałoby go zmienić, a nie uczniów!”.

Zerknijmy do jakiegokolwiek podręcznika z chemii, historii, języka polskiego, biologii. Znajdziemy tam rzeczy napisane wytłuszczoną czcionką. To akcenty ważności zaznaczane przez autorów i programy mówiące uczniom: „Możesz nie wiedzieć wielu rzeczy, ale te musisz zapamiętać, koniecznie!”. Takie programowe wykrzykniki. Otóż najlepiej byłoby dla ucznia współczesnego, aby podręczniki zawierały wyłącznie takie zdania, pogrubione, resztę wiadomości, opisów, wyjaśnień, aluzji, tłumaczeń i didaskaliów należałoby stamtąd wyrzucić. XXI wiek czyta wyłącznie treści pisane pogrubioną czcionką – nagłówki(?).

„Żadnych zadań domowych!” – oto dogmat świata ucznia XXI w.: „Chcecie, abym umiał to, na czym wam zależy, nauczcie mnie w szkole!”. Na uwagę zasługuje zaimek osobowy: „wam” jako wyraz obronny dzieci i młodzieży, nie ma w takich zdaniach „ja”, „mi” zależy, uczeń nie identyfikuje się z taką szkołą i nauczycielem kształconym na wzór renesansu i oświecenia. Boże, przecież minęły wieki?! Programy nauczania zakładają, że uczeń „odpowiednio wychowany” w szkolnych murach zrozumie swoje braki wiedzy, ukorzy się i ze spuszczoną głową przyjdzie do szkoły, błagając: „Proszę mi zadać, a ja przygotuję…”. Czy taka postawa nie jest upokarzająca? Zalogowany na FB i szczęśliwie żyjący w świecie wirtualnym nie ma na nic czasu i szkoła, system, dorośli o tym wiedzą.

Pełni hipokryzji mówią mu: „Nic nas to nie obchodzi, masz wiedzieć to i tamto, bo jeśli nie, nie zrealizujesz swoich marzeń”. Czym jak nie hipokryzją jest egzaminowanie wszystkich ze wszystkiego, ilu matematyków odpada gdzieś w systemie z powodu braku zaliczenia lektur i odwrotnie. Jeśli nauczyciel stwierdza, że większość podopiecznych nie jest w stanie nauczyć się notatki ze strony A4, to dlaczego system zakłada, że przeczytanie i zapamiętanie 800-set stronicowej powieści jest warunkiem promocji?

Wracając do domu, uczeń zastanawia się, po co chodzić do szkoły i uczyć się tego samego, czego uczyli się jego dziadkowie i rodzice? Przecież to jakaś „zaprzeszła historia”, nic nowoczesnego, wszystko „odgrzewane” jak wczorajsza zupa. I po co się tego uczyć, skoro można „wygooglać”, gdy będzie potrzebne – „ale raczej nie będzie”. System edukacyjny, podstawa programowa i programy nauczania zupełnie nie są gotowe na współczesność. Po analizach surowych wyników „klęski pedagogicznej”, gdy wyniki egzaminów zewnętrznych wciąż nie satysfakcjonują, po analizach staninowych, łatwo przemilczeć fakt, że np. 65% uczniów w Polsce uzyskało wynik poniżej średniej i w związku z tym coś należy zmienić(?).

Najprościej znaleźć winowajcę za porażkę systemu w osobie nauczycieli i szkół. Rząd podrzuci im EWD, z którego wynika, że zanotowali regres i niech martwi się ktoś inny. No tak, ale przecież to są urzędnicy państwowi zmuszeni programem do takiego a nie innego postępowania, aby zrealizować cele podstawy programowej – ktoś zauważy? Z pewnością jakiś „wróg ludu”… Łatwiej „wybaczyć” podczas egzaminów gimnazjalistom, że nie czytali „Kamieni na szaniec” albo ogłosić amnestię maturzystom niż zrewidować podstawy programowe zawierające szereg nierealnych do spełnienia życzeń. W razie czego można też zlikwidować egzaminy zewnętrzne zupełnie! Już od 2o17 roku nie będzie egzaminów szóstoklasistów. Można? Można! Zamiast do szkół wprowadzać tablice multimedialne, do każdej klasy, kolejne rządy wolą kupować fotoradary.

Tablica i kreda to tylko metoda komunikacji z uczniami, przestarzałą, ale skuteczna podczas zajęć. Na pewno jednak nie może być symbolem postępu.
Tablica i kreda to tylko metoda komunikacji z uczniami, przestarzała, ale skuteczna podczas zajęć. Na pewno jednak nie może być symbolem postępu.

Powszechnie dzisiaj znane zaburzenie – dysleksja wyłącza 10-15% populacji z kręgu działania obowiązku umiejętności czytania, pisania. Pytanie pierwsze, czy ustawodawca bada całą populację pod kątem dysleksji, czy tylko wskazanych „podejrzanych”? Ludzie generalnie dzielą się także na zdolniejszych w przyswajaniu wiedzy i mniej zdolnych. Czyli mamy już nie jedną grupę dzieci, ale co najmniej trzy: zdolnych bez zaburzeń, mało zdolnych bez zaburzeń i z zaburzeniami (zdolnych lub nie). Przymus znajomości czytania i pisania, znajomości tabliczki mnożenia piętnuje te dzieci (z dysleksją i mało zdolne), nakazując inne traktowanie ich przez system edukacyjny (pedagog, psycholog, dodatkowe zajęcia).

Gdy jednak przychodzą na lekcje informatyczne, okazuje się, że powyższy podział nie ma sensu, ponieważ dzieci świetnie radzą sobie z nowoczesnymi technologiami z wyjątkiem dzieci biednych – czwarta grupa, które nie mają w domu komputerów i smartfonów. Okazuje się zatem, iż nieznajomość w stopniu biegłym czytania, pisania, tabliczki mnożenia nie „wyklucza” i nie dzieli uczniów na kategorie, tak jak czyni to program nauczania. To jedna z przyczyn, dla której uczniowie preferują środowisko wirtualne nad szkolnym. Czy jest możliwe, że system edukacyjny używa nieadekwatnych narzędzi, aby uczyć dzisiaj uczniów czytania i pisania? Tak. Czy jest możliwe, że waga, jaką przywiązuje system do roli czytania i pisania, tabliczki mnożenia jest zbyt duża? Tak, wszak są multimedia, audiobooki, filmoteki, a co do tabliczki mnożenia – są kalkulatory?

Współczesny odsetek dzieci obdarzonych wrodzonymi zdolnościami do grania na pianinie i malowania obrazów jest nieporównywalnie niższy niż miało to miejsce w XIX wieku. W szlacheckich dworach fortepian i pianino, sztalugi spełniały rolę nie tylko kształcenia umiejętności, ale też tak pożądanej rozrywki, przekazywania tradycji rodzinnych zgromadzeń, śpiewów i zabaw. Współcześnie dzieci z rodzicami siedzą przed telewizorami, śmieją się na komediach, płaczą na dramatach, a potem każdy serfuje w sieci. Jest inaczej niż 200, 100 lat temu, zatem edukacja też powinna się zmienić.

Rola nauczyciela współczesnego będzie ograniczać się do wyjaśniania instrukcji projektów informatycznych. Uczniowie powinni móc w szkole próbować swoich sił w szeregu przedsięwzięć o różnorodnej gamie tematycznej a warsztatem ich pracy winny stać się komputery. Czas na to, aby kształcić nie konsumentów wytworów epoki, ale jej kreatorów i podmioty potrafiące konkurować ze sobą nie przed ekranami monitorów, ale wewnątrz globalnej sieci. W tym celu system edukacyjny powinien opracować programy nauczania kompatybilne z potrzebami współczesności, odchodząc od tradycji opartych na książkach będących źródłem wiedzy i zdobywania umiejętności. Najważniejszą współcześnie, od lat 90-tych XX wieku, potrzebą najmłodszych pokoleń nie tylko Polaków jest możliwość doskonalenia komunikacji pomiędzy użytkownikami internetu. Aby tego dokonać, szkoła potrzebuje uczniów biegle poruszających się w świecie wirtualnym.

Nauka kreowania świata, podejmowania różnych prób po to, aby zmieniać rzeczywistość realną oraz wirtualną, to cele edukacji. Natomiast porażką jest ignorowanie potrzeb współczesnych młodych pokoleń. Obcują one od dziecka ze światem informatycznym, a szkoła nie angażuje ich i nie namawia do współtworzenia go, tylko korzystania z niego. Upraszczając: edukacja nie ma wychowywać nieświadomych niczego „zjadaczy popcornu”, ale ludzi pragnących doświadczać współudziału w zmienianiu rzeczywistości nie tylko wirtualnej, lecz także i realnej. Sytuacja ta przypomina atmosferę oświecenia, kiedy to cywilizacja europejska zebrała niemal „całą wiedzę” i umieściła ją w tomach encyklopedii, mówiąc: „Dobrze, wiemy już, co zrobiliśmy, teraz pora na poszukiwanie nowych rozwiązań i odkrywanie innego świata.

Czy współczesny system edukacyjny ma skąd czerpać wzorce? Owszem, np. z aplikacji mobilnych i portali www – to jest współczesność i wyznacznik przyszłości. Do najważniejszych cechy tego typu programów i zasad tworzenia portali www należą:

  1. Nowoczesny i atrakcyjny layout – edukacja: estetyczne i cieniutkie podręczniki, nowoczesna baza techniczna?
  2. Prosty system podpowiedzi – edukacja: klasyfikacja materiału na konieczny do zdania (tłusty druk) i uwaga: tylko na lekcji, bez zadań domowych, opasłych lektur itd. W domu uczeń ma odpoczywać lub ewentualnie powtórzyć lekcję na kolejny dzień.
  3. Intuicyjność – edukacja: czytelność wymagań i jasny system oceniania np. okresowe testy. Uczeń nieobecny w szkole z powodu choroby potrafi sam zrealizować i przygotować się choć w części teoretycznej do lekcji.
  4. Minimalizm – edukacja: mniej znaczy więcej, czyli zmniejszenie objętości na rzecz jakości wiedzy. Ograniczenie wymagań połączone z konsekwencjami i odpowiedzialnością ucznia za wynik nauczania – teraz odpowiedzialny jest wyłącznie nauczyciel.
  5. Innowacyjność – edukacja: otwartość na resetowanie wymagań zgodnie z tendencjami wyrażanymi przez wyniki np. egzaminów, potrzeb rynku pracy itd.

Generalnie rzecz ujmując: żyjemy w epoce skrótów myślowych i nagłówków informacyjnych. Czytanie i pisanie to umiejętności ważne. Mimo to ponad 80% ludzi nie czyta książek, ale to nie oznacza, że nie czytamy w ogóle. Gdyby bowiem podliczyć nagłówki, zajawki, wstępy artykułów portali www, które przeciętny Kowalski odwiedza w tygodniu, wielu by się zdziwiło. Zebrałoby się jakieś 40-60 stron tradycyjnej książki, czyli rocznie wyszłoby ponad tysiąc stron – więc jakieś 5-7 książek. Tylko przy spełnieniu w/w wskazówek można myśleć o reformie oświaty, reformie jakościowej.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Skomentuj...